No i zaczynam cykl:) będzie trochę chaotycznie, trochę śmiesznie...:) głównie przygodowo. Bo właśnie tego głównie szuka się podczas wypraw rowerowych:)
Rowerowo – Litwa – Łotwa – Estonia
28 lipca ja, Ania i Wojtek wsiedliśmy w pociąg do Augustowa. Wszyscy byliśmy bardzo
podekscytowani i nieco zestresowani. W końcu nie wiedzieliśmy, czy nam się uda dotrzeć naczas. Mieliśmy wykupiony bilet na prom 5 sierpnia i 3 kraje do pokonania. Sakwy wyładowane ubraniami, jedzeniem, a do bagażnika przytroczone namioty. Klaudia dołączyła do naszej trójki w Augustowie. Nie znaliśmy się wcześniej. Dowiedziała się o naszej wyprawie z ogłoszenia w internecie, ale ten wyjazd wystarczył, by narodziła się prawdziwa przyjaźń. Nic tak nie łączy jak wspólny wysiłek.
1 dzień (pociąg z Warszawy do Augustowa) + 40 km Augustowa do Gib – błogie lenistwo nad jeziorem.
Wysiedliśmy z pociągu i od razu musieliśmy się przebrać. Pogoda pozytywnie nas zaskoczyła. Opuszczaliśmy Warszawę pochmurną i deszczową, a przywitało nas piękne słońce w Augustowie. Wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w trasę. Naszym celem była miejscowość Giby i uroczy cypelek nad jeziorem Zelwa. Trasa przyjemna i relaksująca. Po jeździe pociągiem, zawsze miło się trochę rozruszać. Szczególnie, że następnego dnia miało nas czekać pokonanie ponad 130 km.
W Gibach droga zaczęła sprawiać problem. Skończył się przyjemny asfalt, a zaczął piasek. Musieliśmy czasem schodzić z rowerów, by je podprowadzić. Kolejnym niezbyt miłym zaskoczeniem, była okupacja cypelka nad jeziorem przez jakąś rodzinę. Rozdzieliliśmy się, żeby poszukać innego miejsca na nocleg i tu spotkała nas następna niespodzianka:) W gęstym lesie i wśród licznych ścieżek po prostu się zgubiliśmy. Nareszcie ok. 18 znaleźliśmy przepiękną polanę tuż nad samym jeziorem. Rozbiliśmy namioty i od razu wskoczyliśmy do wody! Kolacja na trawie, razem z mapą, planowaniem kolejnego dnia, kabanosami i oczywiście pasztetem. Relaksowaliśmy się nad jeziorem, bo już od rana kierunek: Kowno.
2 dzień – Deszcz, piach, kamyczki i okrężna droga do Kowna.
Właśnie w takie dni jak ten okazuje się czy człowiek naprawdę kocha jazdę na rowerze. Aha i czy mamy dokładną mapę...Wyjechaliśmy wcześnie rano. Zrobiliśmy zapasy jedzenia w Polsce i w drogę! Z Gib do Kowna wg google maps jest ponad 130 km. My mieliśmy mapę Litwy, Łotw i Estonii razem, która niestety nie okazała się zbyt dokładna. Zdecydowaliśmy się jechać mniej uczęszczanymi drogami...Zazwyczaj mniej uczęszczane drogi, są takie z jakiegoś powodu:) Dla nas oznaczało to dziwne drogowskazy, kręcenie się w kółko, droga w górę i w dół i poszukiwanie przejścia granicznego...Cytując Kabaret Moralnego Niepokoju Trochę się załamaliśmy, a zaraz potem zrobiła to pogoda. Błoto, deszcz i zimno...Droga po piachu do przejścia granicznego – jest asfalt! Asfalt rzeczywiście się pojawił na 200m kawałku drogi, potem zaczęły się kamyczki... Droga kamienisto-żwirowo-piaskowa pod górę, na której nie ma nawet jednego płaskiego kawałka. Jadąc mieliśmy masaż gratis. Wtedy też załamały się nasze siedzenia...Za to widoki były naprawdę
piękne. Litewskie chatki, piękne pola wyjęte jakby z utworów Mickiewicza. I wspomnienia zostały do tej pory - było ciężko, ale poradziliśmy sobie:)
Dojechaliśmy do głównej drogi. Byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi widząc asfalt – nadzieje na drobne udogodnienia. Drogowskaz wskazywał 65 km do Kowna. Mały przystanek, kanapki z pasztetem i dalej ruszamy w drogę. Jechaliśmy wpierw do miejscowości Olita. Zwiedziliśmy miasto, uzupełniliśmy zapasy i wyruszyliśmy dalej. Po 10 km od Olity ujrzeliśmy drogowskaz KOWNO – 115 km (istnieje też droga - Kowno 65 – my niej nie odnaleźliśmy). Za nami było już 80 km w piachu, z kamyczkami i deszczem a przed nami...Pierwszy krok kupienie miejscowej, dokładniejszej mapy Litwy. I trudna decyzja jechać czy szukać noclegu. Zdecydowaliśmy ! Jedziemy do Preny...
Pojechałyśmy dalej, żeby szukać noclegu w Prenach. A w Prenach nie było, żadnego motelu, hotelu, schroniska...campingu...ani nawet kawałka zielonej trawy, żeby rozbić namiot. Po krótkiej naradzie w zdecydowaliśmy jechać do samego Kowna.
Kowno – droga przez mękę, ciemności... i dwóch litewskich aniołów.
Zaczęło się ściemniać. Było po 22, przed nami droga do Kowna, a za nami dzień pełen wrażeń. Zostało tylko 34 km, ale dla chcącego nic trudnego! Jadąc wiejskimi ścieżkami, bez oświetlenia, nawet z mapą w ręku, można wydłużyć trasę o dodatkowych 10-20km. Drogowskaz wskazywał Kowno – i rzeczywiście była to właściwa trasa. Jeśli ktoś chce jechać autostradą:) Ania i Wojtek zostali za nami – bo złapali kapcia (nocowali ostatecznie w polu). Z Klaudią wjechałyśmy na pobocze autostrady, modląc się żeby nas nie złapała policja. Byłyśmy już u kresu sił – tego dnia w różnych warunkach pogodowych pokonałyśmy ok. 180 km. Uratowały nas polskie draże – zastrzyk energii. W końcu udało się nam zjechać z autostrady i dotarłyśmy do wyczekiwanego Kowna.
Była 2 w nocy. Zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej – samoobsługowej. Wycieńczone zastanawiałyśmy się, gdzie możemy spędzić resztki nocy. Nie bardzo miałyśmy się kogo spytać o nocleg, więc rozważałyśmy rozbicie namiotu na trawce obok stacji. Nagle podjechał samochód i wysiadło dwóch Litwinów. Klaudia zapytała się ich po rosyjsku czy może znają jakiś tani hostel w Kownie... Wdaliśmy się w dłuższą w konwersacje i opowiedziałyśmy Litwinom o naszej szalonej wyprawie.
Panowie zachowali się naprawdę po rycersku. Obdzwonili różne hostele, pojechali na miejsce i dali nam znać, że noclegownia jest otwarta. Nawet przyjechali samochodem i na światłach awaryjnych jechali przed nami, tak żebyśmy przypadkiem nie zgubiły się w drodze do hostelu.Bardzo żałowałyśmy z Klaudią, że jesteśmy w tym pięknym mieście tylko przejazdem. Kowno nocą robi imponujące wrażenie. Droga do hostelu prowadziła przez dwa mosty i starówkę. Uff – dotarłyśmy na miejsce – Litwini pomogli nam wnieść rowery z sakwami na górę. Porozmawiali z portierką i dostałyśmy do dyspozycji 8 osobowy pokój. Bardzo podziękowałyśmy naszym wybawicielom i zameldowałyśmy się w pokoju. Litwini już odjechali samochodem, a my chciałyśmy uregulować rachunek za nocleg. Nic z tego – pani z portierni wytłumaczyła nam, że tych dwóch panów już za nas zapłaciło. Nie mogłyśmy uwierzyć, że całkiem bezinteresownie ktoś tak wiele dla nas zrobił. Do tej pory zostaną oni w naszej pamięci, jako litewscy aniołowie.
Kowno – droga przez mękę, ciemności... i dwóch litewskich aniołów.
Zaczęło się ściemniać. Było po 22, przed nami droga do Kowna, a za nami dzień pełen wrażeń. Zostało tylko 34 km, ale dla chcącego nic trudnego! Jadąc wiejskimi ścieżkami, bez oświetlenia, nawet z mapą w ręku, można wydłużyć trasę o dodatkowych 10-20km. Drogowskaz wskazywał Kowno – i rzeczywiście była to właściwa trasa. Jeśli ktoś chce jechać autostradą:) Ania i Wojtek zostali za nami – bo złapali kapcia (nocowali ostatecznie w polu). Z Klaudią wjechałyśmy na pobocze autostrady, modląc się żeby nas nie złapała policja. Byłyśmy już u kresu sił – tego dnia w różnych warunkach pogodowych pokonałyśmy ok. 180 km. Uratowały nas polskie draże – zastrzyk energii. W końcu udało się nam zjechać z autostrady i dotarłyśmy do wyczekiwanego Kowna.
Była 2 w nocy. Zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej – samoobsługowej. Wycieńczone zastanawiałyśmy się, gdzie możemy spędzić resztki nocy. Nie bardzo miałyśmy się kogo spytać o nocleg, więc rozważałyśmy rozbicie namiotu na trawce obok stacji. Nagle podjechał samochód i wysiadło dwóch Litwinów. Klaudia zapytała się ich po rosyjsku czy może znają jakiś tani hostel w Kownie... Wdaliśmy się w dłuższą w konwersacje i opowiedziałyśmy Litwinom o naszej szalonej wyprawie.
Panowie zachowali się naprawdę po rycersku. Obdzwonili różne hostele, pojechali na miejsce i dali nam znać, że noclegownia jest otwarta. Nawet przyjechali samochodem i na światłach awaryjnych jechali przed nami, tak żebyśmy przypadkiem nie zgubiły się w drodze do hostelu.Bardzo żałowałyśmy z Klaudią, że jesteśmy w tym pięknym mieście tylko przejazdem. Kowno nocą robi imponujące wrażenie. Droga do hostelu prowadziła przez dwa mosty i starówkę. Uff – dotarłyśmy na miejsce – Litwini pomogli nam wnieść rowery z sakwami na górę. Porozmawiali z portierką i dostałyśmy do dyspozycji 8 osobowy pokój. Bardzo podziękowałyśmy naszym wybawicielom i zameldowałyśmy się w pokoju. Litwini już odjechali samochodem, a my chciałyśmy uregulować rachunek za nocleg. Nic z tego – pani z portierni wytłumaczyła nam, że tych dwóch panów już za nas zapłaciło. Nie mogłyśmy uwierzyć, że całkiem bezinteresownie ktoś tak wiele dla nas zrobił. Do tej pory zostaną oni w naszej pamięci, jako litewscy aniołowie.
3 dzień Cudowny Sex Shop
Cudownie było spać w miękkich hotelowych łóżkach i zjeść pyszne śniadanie. Z Kowna wyruszyłyśmy o 10. Naszym celem był Poniewież (lit. Panevėžys). 30 lipca, ciepły słoneczny dzień a przed nami ok. 110 km do pokonania. W porównaniu z poprzednim dniem (200km i jazda do 2 w nocy) pikuś. Najtrudniej było wyjechać z Kowna – kilka razy się zawracałyśmy, bo wszelkie drogowskazy kierowały nas w strone autostrady. W końcu jakoś wjechałyśmy na główną trasę do Poniewieża. Trzeci dzień wyprawy zapowiadał się obiecująco, niewyspane, obolałe, ratowałyśmy się zatrzymując się na stacjach benzynowych i pijąc hektolitrami napoje energetyczne.
W trakcie dłuższej jazdy człowiek ma zawsze możliwość do pobycia trochę we własnym towarzystwie i pofilozofowania. Moje przemyślenia były bardzo przyziemne. Dotyczyły spodenek rowerowych z tzw. pieluchą. Może i zaklinałam się, że nigdy ich nie założę, ale w tamtej chwili, wiele bym za nie oddała. Mimo zmęczenia i zakwasów już po południu byłyśmy na miejscu. Poniewież – średnie miasteczko, nie nastawione zbytnio na turystów. Przysiadłyśmy na schodkach w centrum, pod jakimś budynkiem i snułyśmy dalszy plan działania. Udało nam się namierzyć tylko jeden bardzo drogi hotel.
Usiadłyśmy zrezygnowane na schodkach prze jakimś sklepem (w witrynie były płyty rockowych zespołów i koszulki ). Wszyscy na nas dziwnie patrzyli, ale przyzwyczaiłyśmy się do tego, że ludzie widząc dziewczyny ubrane na sportowo a obok dwa wyładowane rowery często się przyglądają. Ale ludzie w Poniewieżu patrzyli na nas inaczej, nie z zaciekawieniem, albo sympatią, raczej ze zdziwniem/zniesmaczeniem?
Drzwi od sklepu się otworzyły i zagadka zaraz miała się wyjaśnić. Chłopak, który wyszedł był pracownikiem sklepu i zaoferował swoją pomoc. Powiedział, że wydrukuje nam mapę i zaznaczy na niej tani hostel. Klaudia weszła z nim do środka, a ja założyłam ciemne okulary, żeby unikać wzroku dziwnie patrzących miejscowych. Koleżanka wręcz wyskoczyła ze sklepu – z mapą w ręku. Okazało się, że nie był to sklep z płytami, ale sex shop. Podziękowałyśmy za pomoc, wskoczyłyśmy na rowery i pojechałyśmy do hostelu.
Usiadłyśmy zrezygnowane na schodkach prze jakimś sklepem (w witrynie były płyty rockowych zespołów i koszulki ). Wszyscy na nas dziwnie patrzyli, ale przyzwyczaiłyśmy się do tego, że ludzie widząc dziewczyny ubrane na sportowo a obok dwa wyładowane rowery często się przyglądają. Ale ludzie w Poniewieżu patrzyli na nas inaczej, nie z zaciekawieniem, albo sympatią, raczej ze zdziwniem/zniesmaczeniem?
Drzwi od sklepu się otworzyły i zagadka zaraz miała się wyjaśnić. Chłopak, który wyszedł był pracownikiem sklepu i zaoferował swoją pomoc. Powiedział, że wydrukuje nam mapę i zaznaczy na niej tani hostel. Klaudia weszła z nim do środka, a ja założyłam ciemne okulary, żeby unikać wzroku dziwnie patrzących miejscowych. Koleżanka wręcz wyskoczyła ze sklepu – z mapą w ręku. Okazało się, że nie był to sklep z płytami, ale sex shop. Podziękowałyśmy za pomoc, wskoczyłyśmy na rowery i pojechałyśmy do hostelu.
W pokoju, już zameldowane i rozpakowane prawie popłakałyśmy się ze śmiechu. Siedziałyśmy prawie 2 h przed Sex Shopem – no cóż wyjaśnia to niechęć miejscowych...
cdn...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz